Ledru-Rollin okazało się moją ulubioną stacją nie tylko dlatego, że stamtąd czekał mnie krótki spacerek wzdłuż kawiarni na Rue du Faubourg Saint-Antoine. Malowniczych, muszę przyznać, kawiarenek, przy których mijany Starbucks wygląda zbyt chłodno, a jego zieleń nieco pospolicie. Był tam (lub ciągle jest) sklep meblowy, z zachęcająco niewygodną kanapą na wystawie, jedną z tych, które chce się mieć w salonie, ale za nic nie ucięłoby sobie na nich drzemki. Polubiliśmy się z tą ulicą od pierwszego spaceru. Z kawą i aparatem lawirowałam między przepięknymi- Boże, jakie Francuzki są niezwykłe!- i ciągle spieszącymi się gdzieś ludźmi. Chociaż nie sprawiali wrażenia tak zabieganych i spóźnionych, jak w Londynie, ale o tym kiedy indziej. Po prawej, jeszcze przed Rue Trousseau, wyrasta mały park z wielkim dębem. Nie jest to specjalnie urokliwe miejsce, a jednak nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że nie mogłoby się tam znajdować nic innego. Budynki przy tej ulicy nie są wysokie, raczej 4-5 piętrowe, więc konary drzew stanowią naturalne przedłużenie linii dachów. Stamtąd już widać Le Monte Charge Cafe, ze stolikami porozstawianymi niby nieskładnie na chodniku. Wiecznie zatłoczone miejsce, z pyszną kawą, miłymi kelnerami i idealnym widokiem na przechodniów. Jest to moja mała słabość, voyeuryzm cudzego życia, oddychanie nie-moim powietrzem, próba wyłapania tętna obcego miasta i dostosowanie się do niego, chociaż na chwilę. Nie ma zbyt wielu momentów, kiedy czuję się równie szczęśliwa- jak wtedy, gdy uda mi się na chwilę zrozumieć miejsce, w którym jestem.
Mieszkałam przy Rue Trousseau, stąd też moje zawędrowanie w te okolice. Zaopatrywałam się w spożywczaku prowadzonym przez pewnego Muzułmanina, który dziwnie radośnie reagował na moje 'au revoire' z polskim akcentem. Stamtąd poniosło mnie kiedyś na Rue de Charonne. Przy okazji moja siostra miała okazję zobaczyć młodą uroczą prostytutkę oraz pary gejów. Rozbawiło mnie Jej ogromne otwarcie na nowe doświadczenia, co więcej- odrzucił Ją jedynie zapach z mijanej chińskiej knajpki. Ja miałam nadzieję na szybką kolacyjkę, ponieważ tęsknię w Polsce okrutnie za mieszanką kulturową smaków na moim podniebieniu. Niestety, Mary zraziła się sushi zeszłej nocy (Sushi Shop, pyszne jedzenie, minimalistyczny wystrój i kucharze za szybą, polecam korzystanie z menu, a potem zjedzenie rewelacyjnie zapakowanych na wynos smakołyków) i nie chciała próbować więcej nowego. Chciałabym wrócić na tę ulicę, zaskakującą nowymi zapachami, czy to kuchni chińskiej, hinduskiej lub tureckiej- przez szyby widziałam, że wszystkie miejsca były zajęte, a młodzi ludzie szczęśliwi przy zapełnionych stołach. Zazdrościłam im tych wszystkich wieczorów, których ja tam nie spędzę, więc uszczęśliwiałam się ich szczęściem i odpowiadałam na pozdrowienia chłopców palących na zewnątrz restauracji.
Po skręceniu w Boulevard de Menilmontant znalazłam market spożywczy ze zdrową żywnością. Niestety, ze względu na wieczorną porę, był już zamknięty. Mogłam jedynie pomarzyć o szklanych automatach z różnego rodzaju orzechami i kandyzowanymi owocami... Istanbul jest jednak niepowtarzalny, co też oni potrafią zrobić z cukru! No cóż, ale byłam w Paryżu, o tej porze głodna i z gasnącą ochotą na spacer po Cimetiere du Pere Lachaise. Wiem, bluźnierstwo. Zresztą o tej godzinie mogłam jedynie zobaczyć mury i przepiękne masywne bramy wejściowe, zamknięte. Mogę wspomnieć, że idąc Rue du Repos natrafiłam na bramę, przez którą podejrzałam kawałek, urywek cmentarza. Następnym razem, powtarzam sobie.
Podróż z lotniska Paris Beauvais przebiegła sprawnie i szybko, podstawionym autokarem. Moją uwagę przykuło, jak zwykle, zachowanie turystów- w większości polskich. W ściśniętym tłumie oczekujących na transport znalazła się kobieta z maleństwem przy piersi. Stała się niewidzialna dla reszty ludzi, którzy chcieli jak najszybciej zająć miejsce. Jako że tłum był ha

mowany przez kierowcę sprawdzającego bilety, a ja chciałam siostrę uczyć właściwego zachowania, pomogłam kobiecie przejść na sam przód, jako że jest z dzieckiem. Po czym wróciłam i wsiadłam z młodą do innego autokaru, który stał pusty za tym pierwszym, niezauważony przez innych. Mary zdążyła się zdrzemnąć, a ja siedziałam jak zwykle z nosem przy szybie, próbując wyobrazić sobie, że jest to moja codzienna droga do pracy albo że właśnie wracam do domu. Autokar zatrzymuje się na na parkingu pod hotelem Condorde La Fayette, a bilet kosztuje 15€ w jedną stronę. Zaskoczył mnie wyrastający ponad dachami czubek wieży Eiffla, który towarzyszył nam aż do stacji metra Porte Maillot, gdzie kupiłyśmy bilety Paris Visite na 5 dni oraz strefy 1-3 (ja zapłaciłam 30€, a Mary 15€). Ważne było, żeby biletów nie zgubić, więc powędrowały do portfela razem z moją niezachwianą wiarą w ludzi i we własną spostrzegawczość, ponieważ tyle wystarczy mi do ochrony przed złodziejami.
Symbol Paryża. Jeden z niewielu, który pozostał dla mnie nietknięty komercją- pewnie dlatego, że omijam ją szerokim łukiem. Dziadek kiedyś sprezentował mi wygrzebaną u Niego metalową replikę wieży Eiffla. Stoi na parapecie do dzisiaj, przestając być moim marzeniem. Wysiadłam na stacji Ecole Militaire, szczęśliwa, że linia metra 8 dowiozła mnie prosto na miejsce. Zresztą, idąc w stronę Ecole Militaire po prawej stronie mija się samoczyszczącą darmową toaletę, która okazała się bardzo przydatna. Popołudniowe słońce oświetla fasadę starych budowli oraz delikatnie miga między szkłami Mur de la Paix. Polecam wejście na rampę między szklane ściany inspirowanej Ścianą Płaczu w Jerozolimie konstrukcji i podziwianie widoku wieży w całej

okazałości, może wetknięcie swojego własnego życzenia o pokój.
Dołączyłam do niespiesznych spacerowiczów na Avenue Pierre Loti, a Mary goniła gołębie na zielonych trawnikach. Oczekiwałam długich kolejek, o których tyle słyszałam, po bilety w kasie. I rzeczywiście, dotarłyśmy na plac pod Żelazną Damą- a tam wężyk turystów, wszyscy do jednej kasy. Mój francuski niestety nie wystarczył do zrozumienia wszystkich znaków, więc podeszłam do ochroniarzy stojących przy podstawie od strony Avenue Anatole France, gdzie - jak wydawało mi się zrozumiałam - był wjazd do restauracji. Okazało się, że jak najbardziej można korzystać również z tego wejścia, więc ominęła nas straszna kolejka. Wjechałyśmy na pierwsze i drugie piętro, tłumek przy windach przemieszczał się bardzo sprawnie. Z tarasów widokowych rozciągał się przepiękny widok na Pola Marsowe, na Jardin du Trocadero, Montmartre,
L'Hôtel national des Invalides, Sekwanę i powoli płynące promy turystyczne. W drodze na trzeci, najwyższy taras (275 metrów),
zaplanowałyśmy spacerek pod Łuk Triumfalny, zahaczając po drodze o Palais Trocadero na wzgórzu Chaillot. Podarowałyśmy sobie zejście schodami, ale marzyłam o lodach. Niestety, byli panowie sprzedający breloczki, sztuczne pieski, tulipany - ale nie lody. Cóż, szkoda.
Wyobrażałam sobie sesję na tarasie pałacu, z wieżą Eiffla w tle. Zamiast tego przywitał mnie tłum turystów, poruszających się we wszystkich kierunkach, sprzedawców hałaśliwych zabawek i innych odstraszaczy. Najcenniejszą częścią pałacu, jak zauważył sam Napoleon, jest rozciągający się widok na Sekwanę. Ogromne schody zapraszają do odpoczynku, wyjęcia termosu i podziwiania gry kolorów popołudniowego słońca. Jednak czas naglił, a nie potrafiłam wyobrazić sobie relaksu wśród ciągle zaczepiających sprzedawców. Zeszłyśmy więc obok masywnej figury Apolla autorstwa Henri Boucharda i dalej z górę Avenue d'Iena, by za chwilę skręcić w opustoszałą Rue Boissiere i w prawo, w Avenue Kleber. Restauracje nie zdążyły się jeszcze zapełnić, ale pozwoliłam sobie poświęcić chwilę na oglądanie menu. Przede mną było jeszcze spróbowanie ślimaków, więc potrzebowałam rozeznać się nieco w temacie. Zbliżał się zachód słońca i było czuć już ten wieczorny chłód. Po prawej stronie minęłyśmy salon Abarth, niestety- zamknięty. I wtem naszym oczom ukazał się Arc de Triomphe - nieco szczupły z naszej strony i początkowo niezauważony z racji robót drogowych. Obeszłyśmy jednak rondo z lewej strony, robiąc sobie obowiązkowe zdjęcie na przejściu dla pieszych z Łukiem w tle. Swoją drogą, mogłabym tak siedzieć i pół dnia gapić się na przejeżdżające samochody- pojawiały się zarówno starsze modele, jak i nowe lśniące limuzyny róż

nych marek.Na Grobie Nieznanego Żołnierza ludzie składali kwiaty, a myśmy siedziały przytłoczone ogromem budowli. Wejście pod łuk wiedzie przez wejście na stację metra Charles de Gaulle - Etoile, skąd powoli wchodzi się schodami do góry, a struktura obiecana przez Napoleona żołnierzom wyrasta nad głowami. Zwiedzanie okazało się bardzo tanie, gdyż obywatele Unii Europejskiej do 25. roku życia nie płacą za wstęp. W środku mieści się wystawa opisująca historię budowy Łuku oraz kilka rzeźb. Na dachu wiatr przypominał, że zbliża się wieczór i zachód słońca. Widok na Avenue des Champs Elysees był magnetyzujący. Dookoła widać jedynie samochody, a w nich ludzi być może wracających do domów po pracy, być może szukających miejsca na kolację. Po przeciwnej stronie kusiło La Defense i ogromny Grande Arche. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że mogłabym tu mieszkać. Wydało mi się, że mogłabym przecież pracować w tej nowoczesnej, niemalże nowojorskiej dzielnicy biznesowej, a wieczorami gubić się w restauracyjkach starego Paryża. Miasto szybko mnie oczarowało, niezauważenie wręcz. Na dachu Łuku Triumfalnego zostałam złapana w jego sidła, omotana bogactwem doznań. I podobało mi się.
▼
Ładnie napisane :) Literacki styl.
OdpowiedzUsuń