O

czym najbardziej marzę rano? Cóż, jednak o kawie. Czarnej, mocnej, hipnotyzującej aromatem. Najlepiej serwowanej do łózka, jednak nie będę wybrzydzać. Z racji tego, że podróżowałam z młodszą siostrą, musiałam wstać wcześnie i nie marnować pięciu minut w Paryżu na drzemkę. Na śniadanie klasycznie: świeże bagietki z masłem i dżemem truskawkowym oraz - tak, tak - kawa z ekspresu. Do tego serwowane przez przystojnego Francuza, z którym porozumiewaliśmy się we
Franglais. Najważniejsze zrozumiał, moją poranną kawę chcę jak seks: szybko, mocno i żebym wróciła po więcej.
Pogoda była przepiękna (połowa maja), ciepło i słonecznie, jednak nie upalnie. Zdecydowałam się dotrzeć na Montmartre, podziwiany dzień wcześniej z wieży Eiffl
a. Linia nr 8 pozostaje do dzisiaj moją ulubioną, ale nie dojeżdża do 18 dzielnicy. Spacer starymi uliczkami wydał mi się atrakcyjniejszy, niż przesiadki metrem. Dojechałam do Grands Boulevards i wyszłam z metra tuż pod Theatre des Nouveautes, mając go po prawej. Samo wejście nie robi większego wrażenia, więc udałam się Boulevard Poissonniere w stronę kolejnej stacji metra. Nie liczyłam na niespodzianki licząc się z tym, że być może będę musiała wrócić pod ziemię. Po prawej co rusz pojawiały się kawiarnie, pełne o tej porze - zbliżał się brunch. Zapachy były uwodzicielskie, szczególnie że Francuzi umiłowali sobie zapiekane kanapki.
I wtem pojawiło się Musee Grevin - z przepięknym barokowym wejściem, trochę przerażającym, szczerze mówiąc. Jest to jedno z najstarszych muzeów figur woskowych w Europie. Chętnie bym się w nim zgubiła, choćby dlatego, że uwielbiam salony luster - moje ulubione, z Birmingham, opiszę kiedy indziej. I już, już do niego wchodziłam, wyjmowałam portfel, by kupić bilety - kiedy Mary wskazała na rozpoczynający się po przeciwnej stronie ulicy, nieco przysłonięty przez sprzedawców foie gras, pasaż. Poranne słońce nieśmiało rozświetlało stoliki i witry
ny sklepów. Jestem kobietą, wybrałam Passage Jouffreoy. Minęłam dzielnie sprzedawców ręcznie robionych kiełbas, domowego miodu i gęsich wątróbek. Po moich obu stronach wyrosły tablice z zachęcającym menu, proponujące mi ostrygi, małże , ślimaki... Po prawej zaś zobaczyłam ósmy cud świata gastronomicznego. A raczej setki cudów świata - wszystko to w Le Valentin, salon de thé. Wstyd się przyznać, ale weszłam do środka marząc o herbacie w tym kraju kawopijców. Mary zamówiła le Palmerosa (Medaillé d'or Tokyo 1986), marcepanowo-malinowe niebo dla podniebienia. Ja uraczylam się waniliowo-truskawkową tartletką, okraszoną pistacjami. Były tak piękne, że aż szkoda było jeść. Wystój wnętrza zachęca, by spędzić tam parę godzin, wybierając z szerokiego wachlarza herbat. Ogromna szyba przede mną pozwolila dokarmić moje podglądactwo. Niedaleko nas usiało dwóch starszych panów, którzy chyba przyszli na śniadanie. 
Ceny były bardzo przystępne, zresztą nieczęsto mam okazję jeść coś równie pięknego w tak sycącym zmysły miejscu.